
CZYM JEST PSYCHOTERAPIA?

WSTYD PRZED ODSŁONIĘCIEM SIEBIE W BLISKIEJ RELACJI
W relacjach niemonogamicznych zasady często pojawiają się bardzo wcześnie. Nie nocujemy z innymi. Nie zabieramy ich do naszego łóżka. Nie jeździmy razem na wakacje. Pewne słowa, miejsca i formy bliskości mają pozostać wyłącznie dla jednej relacji. Niektóre z tych ustaleń wynikają z codziennych potrzeb, inne mają znacznie głębsze znaczenie. Czasem dopiero wtedy, gdy partner chce zmienić jedną z zasad, odkrywamy, jak wiele od niej zależy.
Dotyczy to również poliamorii, w której można tworzyć więcej niż jedną relację miłosną, za wiedzą i zgodą zaangażowanych osób. Zasady dotyczą wtedy nie tylko seksu, ale również zakochiwania się, budowania więzi, wspólnego czasu i zobowiązań wobec różnych partnerów. Możemy świadomie wybrać taki sposób życia, rozumieć jego założenia i jednocześnie odkrywać w sobie reakcje, których zupełnie się nie spodziewaliśmy. Nasze przekonania o tym, jak chcemy żyć, nie zawsze nadążają za tym, co przeżywamy, kiedy ten wybór staje się rzeczywistością.
Na pierwszy rzut oka ludzie ustalają po prostu warunki wspólnego życia. Mnie interesuje jednak przede wszystkim to, czego nie widać w samych ustaleniach. Co właściwie próbujemy ochronić? Wspólny czas, prywatność domu, poczucie szczególnego miejsca? A może nadzieję, że jeśli partner będzie przestrzegał określonych ograniczeń, nie będzie mógł się od nas emocjonalnie oddalić?
Możemy być przekonani, że chronimy związek, podczas gdy próbujemy przede wszystkim ochronić siebie przed uczuciem, którego nie potrafimy znieść. Zdarza się, że ustalenie, które początkowo wydawało się zupełnie oczywiste, zaczyna nabierać coraz większego znaczenia. Jeżeli seks z inną osobą jest do przyjęcia, ale wspólne śniadanie wydaje się nie do zniesienia, to właśnie przy tym śniadaniu może znajdować się coś ważnego. Być może nie chodzi o jedzenie ani nawet o wspólnie spędzony poranek, lecz o to, co ten poranek mówi nam o naszym miejscu w życiu partnera.
W mojej pracy interesuje mnie zarówno to, co człowiek wie o swoich potrzebach, jak i to, czego jeszcze nie potrafi o sobie powiedzieć. Zasada może mieć rozsądne uzasadnienie, a jednocześnie chronić przed lękiem, wstydem, złością czy poczuciem bezradności. Rozpoznanie tego nie musi prowadzić do rezygnacji z ustalenia. Może natomiast zmienić sposób, w jaki je rozumiemy, i oczekiwania, jakie z nim wiążemy.
Kiedy restauracja przestaje być tylko restauracją

Potrzeba posiadania czegoś, co należy tylko do jednej relacji, wydaje mi się bardzo ludzka. Nie widzę powodu, żeby automatycznie traktować ją jako pozostałość monogamicznego myślenia, którą należy przepracować. Ludzie budują wspólną historię. Miejsce pierwszej randki, ulubiona restauracja, wspólna piosenka czy sposób spędzania rocznicy nabierają znaczenia, którego ktoś z zewnątrz może w ogóle nie rozumieć. W takich miejscach i gestach przechowujemy wspomnienia, ale również wyobrażenia o tym, kim jesteśmy dla siebie nawzajem.
Kiedy ktoś mówi: „Nie przeszkadza mi, że śpisz z inną osobą, ale nie chcę, żebyś zabierał ją do tej restauracji”, można łatwo uznać to za brak konsekwencji. Tyle że restauracja może przechowywać historię o tym, jak zostaliśmy wybrani. Wprowadzenie tam innej osoby bywa przeżywane nie jako zwykłe powtórzenie gestu, lecz jako zmiana znaczenia własnych wspomnień. Pojawia się bolesna myśl: „Jeżeli możesz przeżyć to samo z kimś innym, może to, co mieliśmy, nigdy nie było takie szczególne”.
W tej myśli zawiera się pewne założenie: szczególne jest tylko to, czego nie można powtórzyć. Zastanawiam się, jak wiele naszych wyobrażeń o miłości opiera się właśnie na takim przekonaniu. Czy potrafię czuć się ważny, kiedy ktoś inny także jest ważny? Czy podobieństwo gestu rzeczywiście odbiera mu osobiste znaczenie? A może powtórzenie uruchamia znane mi już poczucie, że moje miejsce można bez większego żalu oddać komuś innemu?
Nie uważam, że ludzie powinni rezygnować z symboli swojej relacji w imię większej otwartości. Można wspólnie zdecydować, że pewne miejsce pozostanie zarezerwowane. Chciałbym jednak wiedzieć, co właściwie ma zostać zachowane. Czy chodzi o wspólną historię, którą oboje chcemy pielęgnować? Czy może o przekonanie, że dopóki pewne doświadczenia pozostają wyłącznie nasze, nie musimy obawiać się utraty własnej wyjątkowości?
To drugie pragnienie jest zrozumiałe, ale może prowadzić do rozczarowania. Nie jesteśmy w stanie zatrzymać znaczenia relacji w niezmienionej postaci. Nawet jeśli nikt inny nigdy nie odwiedzi tej restauracji, związek będzie się zmieniał, podobnie jak ludzie, którzy go tworzą. Być może dlatego tak trudno czasem rozstać się z jednym pozornie niewielkim zakazem. Jego utrata może oznaczać konieczność zmierzenia się z czymś znacznie większym.
Kontrola jako obrona przed bezradnością
W kontroli często chodzi o próbę zamiany niepewności w zadanie. Z uczuciem „nie wiem, czy nadal mnie wybierzesz” trudno coś zrobić. Można natomiast ustalić godzinę powrotu, ograniczyć liczbę spotkań, zażądać wiadomości albo określić, czego partnerowi nie wolno robić. Pojawia się konkret. Coś, co można sprawdzić, wyegzekwować, a w razie potrzeby jeszcze dokładniej uregulować.
W bliskiej relacji jesteśmy zależni od kogoś, nad kim nie mamy pełnej kontroli. Możemy być kochani, ale nie możemy zagwarantować sobie miłości. Możemy tworzyć wspólne plany, nie wiedząc, czy za kilka lat druga osoba nadal będzie chciała je z nami realizować. Zależność od czyjegoś wyboru potrafi budzić ogromny lęk, szczególnie wtedy, gdy wcześniej doświadczaliśmy nieprzewidywalności, odrzucenia albo utraty.
Reguła powrotu do domu przed północą może organizować wspólne życie. Może też nieść niewypowiedziane oczekiwanie: „Wrócisz nie tylko do mieszkania, ale również do takiego stanu bliskości, w którym znów będę pewny swojego miejsca”. Partner wraca punktualnie, lecz nadal myśli o spotkaniu. Druga osoba czuje zawód, chociaż formalnie ustalenie zostało dotrzymane. Łatwo wtedy uznać, że potrzebna jest bardziej szczegółowa zasada. Trudniej zobaczyć, że poprzedniej powierzono zadanie, którego nie mogła wykonać.
Czasem łatwiej jest kontrolować partnera, niż przyznać przed sobą, jak bardzo jesteśmy na niego źli. Trudno powiedzieć komuś, kogo kochamy: „Jestem wściekły, że cieszysz się czymś, w czym mnie nie ma”. Jeszcze trudniej, jeśli wcześniej przekonywaliśmy siebie i innych, że zazdrość nie będzie dla nas problemem. Możemy wtedy zacząć przedstawiać własną złość jako troskę o zasady związku. Zamiast rozmawiać o tym, co przeżywamy, coraz dokładniej określamy, co druga osoba może robić.
Nie chcę przez to powiedzieć, że każda potrzeba uzgodnienia warunków relacji jest próbą kontroli. Problem pojawia się wtedy, gdy od partnera oczekujemy nie tylko określonego zachowania, ale również tego, że dzięki niemu przestaniemy odczuwać lęk, zazdrość czy bezradność. Wtedy nawet dotrzymane obietnice mogą nie przynosić ulgi. Zaczynamy podejrzewać, że potrzebujemy jeszcze jednego zapewnienia, jeszcze jednej wiadomości, jeszcze jednego ograniczenia.
Jest w tym bolesny paradoks. Chcemy być wybierani swobodnie, a jednocześnie nie chcemy dopuścić możliwości innego wyboru. Im skuteczniej wymusimy obecność, tym mniej pewności daje nam ona jako wyraz miłości. „Jest ze mną, bo chce” zaczyna ustępować myśli: „Jest ze mną, bo nie pozwalam mu odejść”. Możemy więc osiągnąć dokładnie to, czego żądaliśmy, i nadal nie czuć się kochani.
Wyjątkowość i lęk przed zastąpieniem
Niemonogamia potrafi odsłonić pytanie, które również w monogamii często pozostaje nierozwiązane: na czym właściwie opiera się moje przekonanie, że jestem kochany? Wyłączność może dostarczać pewnej odpowiedzi. Jestem jedyną osobą, z którą partner tworzy relację seksualną lub romantyczną. Kiedy wyłączność przestaje być częścią związku, okazuje się, że poczucie własnego miejsca musi opierać się na czymś innym.
Nie dla każdego jest to trudne w takim samym stopniu. Niektórzy potrafią odnajdywać bezpieczeństwo w historii związku, wzajemnym zaangażowaniu i sposobie, w jaki partner pozostaje obecny. Dla innych sama świadomość, że ktoś jeszcze otrzymuje jego bliskość, podważa wartość wszystkiego, co mają. Pojawia się pytanie, czy można być wystarczająco ważnym, nie będąc jedynym.
W relacji poliamorycznej można świadomie uznawać, że partner jest zdolny kochać więcej niż jedną osobę, a jednocześnie boleśnie przeżywać moment, w którym rzeczywiście pokocha kogoś jeszcze. Przekonanie, że kilka więzi może współistnieć, nie usuwa potrzeby poczucia, że nasza własna jest niezastępowalna. Można rozumieć ideę poliamorii, zgadzać się z nią i mimo to odkryć, że własne uczucia nie układają się zgodnie z tym, co wcześniej wydawało się oczywiste.
Może pojawić się również zawiść wobec tego, co otrzymuje inna osoba. Nie tylko boję się stracić partnera. Boli mnie, że ktoś dostaje jego świeżą uwagę, spontaniczność, cierpliwość albo zainteresowanie, za którymi sam tęsknię. Czasem nowa relacja staje się miejscem, na które kierujemy złość wynikającą z braków w dotychczasowej. Można ograniczyć spotkania z inną osobą, ale nie sprawi to automatycznie, że partner zacznie okazywać nam więcej czułości czy zainteresowania.
Szczególnie interesuje mnie sytuacja, w której potrzeba bycia najważniejszym staje się źródłem wstydu. Ktoś uważa się za osobę otwartą, świadomą i wolną od tradycyjnych wyobrażeń o miłości, a tymczasem odkrywa w sobie pragnienie, żeby partner kochał innych mniej. Nie pasuje to do obrazu samego siebie. Można wtedy próbować pozbyć się tego uczucia, zanim zdąży się je zrozumieć. Zazdrość zaczyna przemawiać językiem zasad, etyki i odpowiedzialności, a człowiek stopniowo traci kontakt z tym, czego naprawdę potrzebuje.
Nie musimy być dumni z każdej części siebie, żeby móc ją poznawać. Potrzeba uprzywilejowanego miejsca może oznaczać rzeczywisty wybór określonej struktury związku. Może również chronić przed głębszym przekonaniem, że jeśli nie jestem najważniejszy, to nie jestem nikim. Z zewnątrz obie sytuacje mogą wyglądać podobnie. W obu ktoś może powiedzieć: „Nie chcę, żebyś robił to z inną osobą”. Jednak to, co dzieje się pod tym żądaniem, bywa zupełnie inne.
Co dawne doświadczenia robią z obecną sytuacją
W bliskiej relacji nie reagujemy wyłącznie na to, co dzieje się tu i teraz. Reagujemy również na znaczenia, które zachowanie drugiej osoby w nas uruchamia. Godzina bez odpowiedzi może być po prostu godziną bez odpowiedzi, ale może też stać się doświadczeniem opuszczenia. Nie musi pojawić się żadne wyraźne wspomnienie. Czasem pozostaje tylko nagła pewność, że zaraz wydarzy się coś złego, i przymus, żeby natychmiast odzyskać kontakt.
Jeżeli w przeszłości uwaga ważnej osoby była nieprzewidywalna, jej obecna niedostępność może wywoływać lęk niewspółmierny do sytuacji. Jeżeli o miłość trzeba było rywalizować, nowy partner może zostać przeżyty jak ktoś, kto zabiera nam miejsce. Jeżeli bliskość wiązała się z upokorzeniem lub odrzuceniem, samo przyznanie się do potrzeby drugiej osoby może być trudniejsze niż postawienie jej żądania.
To jeden z powodów, dla których logiczne zapewnienia często nie wystarczają. Partner może wielokrotnie powtarzać, że nas kocha, a my nadal czujemy się zagrożeni. Nie dlatego, że nie rozumiemy jego słów. Być może rozumiemy je doskonale, ale nie potrafimy zachować w sobie ich znaczenia, kiedy druga osoba jest nieobecna. Wtedy każde rozstanie, nawet na kilka godzin, może uruchamiać potrzebę ponownego potwierdzenia więzi.
Nie chciałbym jednak, żeby takie rozumienie prowadziło do przypisywania wszystkich trudności wcześniejszym doświadczeniom. Dawne doświadczenie nie unieważnia obecnego problemu. Partner może rzeczywiście zaniedbywać wspólne życie, ukrywać informacje albo łamać ustalenia. Możemy reagować bardzo intensywnie i jednocześnie trafnie rozpoznawać krzywdzące zachowanie. Sprowadzenie wszystkiego do naszych dawnych zranień może być wygodne dla osoby, która nie chce przyjrzeć się własnej odpowiedzialności.
W pracy terapeutycznej interesują mnie więc dwa pytania. Co ta sytuacja porusza we mnie? I co rzeczywiście dzieje się między nami? Czasem odpowiedź na pierwsze pytanie pozwala inaczej zrozumieć drugie. Innym razem odkrywamy, że niezależnie od własnej historii mamy do czynienia z sytuacją, która rzeczywiście nas rani i wymaga zmiany.
Granica ma również konsekwencje dla innych

W dyskusjach o niemonogamii bardzo często pojawia się pojęcie granic. Uważam jednak, że samo nazwanie czegoś granicą nie rozstrzyga jeszcze, czym to jest. Granica dotyczy tego, na co jestem gotowy, w czym mogę uczestniczyć i czego potrzebuję, żeby pozostać w relacji. Zasada określa uzgodnione zachowanie. Kontrola pojawia się wtedy, gdy próbuję podporządkować wybory drugiej osoby własnej potrzebie bezpieczeństwa. Samo użycie odpowiedniego języka nie zmienia charakteru naszych działań.
„Jeżeli z nią pojedziesz, odejdę” może być uczciwym opisem własnych możliwości, ale może też być groźbą, która ma zatrzymać partnera. Chciałbym wiedzieć, co dzieje się w osobie wypowiadającej te słowa. Czy rzeczywiście rozpoznaje granicę, której nie potrafi przekroczyć? Czy jest gotowa ponieść konsekwencje własnej decyzji? A może przede wszystkim liczy na to, że lęk partnera przed utratą związku zapewni jej posłuszeństwo?
Granice nie istnieją w emocjonalnej próżni. Decyzja o tym, w jakiej relacji chcę pozostawać, wpływa na drugiego człowieka. Mam prawo potrzebować wyłączności. Partner może potrzebować innej struktury. Czasem okazuje się, że nie potrafimy znaleźć rozwiązania, które byłoby możliwe dla obojga. Nie zawsze oznacza to, że ktoś nie wykonał wystarczającej pracy nad sobą. Niektóre różnice dotyczą rzeczy, z których nie chcemy lub nie potrafimy zrezygnować.
Podobnie zgoda na niemonogamię nie oznacza rezygnacji z własnego głosu. Jeżeli ktoś zgodził się na otwarcie związku głównie dlatego, że bał się utraty partnera, warto przyjrzeć się warunkom, w których ta decyzja powstała. Czy rzeczywiście miał możliwość odmowy? Czy mógł powiedzieć, czego chce, nie obawiając się natychmiastowych konsekwencji? Formalna zgoda nie zawsze oznacza swobodny wybór. Przepracowanie nie powinno stawać się obowiązkiem coraz sprawniejszego znoszenia sytuacji, na którą ktoś nie chce się zgadzać.
Układ tworzony przez obie osoby
Kontrola nie zawsze jest wyłącznie indywidualnym problemem jednej osoby. W związku może powstać układ, w którym jedna domaga się coraz większej przejrzystości, a druga coraz bardziej się wycofuje. Żądania nasilają unikanie, unikanie zwiększa podejrzliwość. Z czasem każde z partnerów zaczyna widzieć przede wszystkim zachowanie drugiej osoby jako przyczynę własnych reakcji. Własny udział w podtrzymywaniu tego układu staje się coraz mniej widoczny.
Czasami osoba wycofująca się pozostawia drugiej rolę pilnowania związku. Nie podejmuje trudnych rozmów, nie mówi jasno o swoich pragnieniach i unika odpowiedzialności za wspólne ustalenia. Może następnie przedstawiać siebie jako kogoś pozbawionego wolności przez kontrolującego partnera. Z kolei osoba pilnująca może mieć coraz większą trudność z oddaniem tej roli, ponieważ bez niej musiałaby sprawdzić, ile zaangażowania pojawi się po drugiej stronie z własnej inicjatywy.
To szczególnie bolesny moment. Możemy odkryć, że kontrolowanie partnera chroni nas nie tylko przed lękiem, ale również przed poznaniem odpowiedzi, której najbardziej się obawiamy. Jeśli przestanę przypominać, sprawdzać i wymagać, czy on nadal będzie chciał być ze mną? Czy sam zadba o naszą relację? A jeśli nie, co będę musiał wtedy o niej pomyśleć?
Nie oznacza to, że odpowiedzialność za każde zachowanie rozkłada się po równo. Nacisk, groźby czy naruszanie prywatności pozostają działaniami osoby, która je podejmuje. Ukrywanie informacji i łamanie zobowiązań również mają swojego sprawcę. Możemy wspólnie tworzyć określony układ, nie będąc w równym stopniu odpowiedzialni za wyrządzaną w nim krzywdę. Uważam, że to rozróżnienie jest szczególnie ważne w pracy z parami. Próba zrozumienia relacji nie może prowadzić do usprawiedliwiania zachowań, za które odpowiedzialność ponosi konkretna osoba.
W relacjach poliamorycznych dochodzi jeszcze perspektywa kolejnych partnerów. Kiedy ktoś mówi: „Nie mogę, bo moja partnerka ma taką granicę”, może przedstawiać siebie jako biernego wykonawcę cudzej decyzji. Tymczasem sam zgodził się na określone warunki i sam podejmuje decyzję o tworzeniu kolejnej relacji. Przerzucanie odpowiedzialności na nieobecną osobę pozwala uniknąć niewygodnego przyznania, że również my dokonujemy wyborów, które mają konsekwencje dla innych.
Osoba nazywana „trzecią” może przecież tworzyć własną, głęboką relację, z jej historią, potrzebami i zobowiązaniami. Nie jest jedynie dodatkiem do istniejącej pary. Zasada uzgodniona przez dwie osoby może dawać im poczucie bezpieczeństwa, a jednocześnie pozostawiać kolejną osobę w niepewności, bez wpływu na warunki jej własnego związku. Dlatego interesuje mnie nie tylko to, czy dana zasada chroni relację, lecz również czyje bezpieczeństwo chroni i kto ponosi jej emocjonalny koszt.
Zatrzymać się przed kolejnym żądaniem
Jednym z trudniejszych momentów jest ten, w którym silne uczucie niemal natychmiast zamienia się w potrzebę działania. Partner wspomina o nocowaniu, a my już układamy zakaz. Jeszcze nie zdążyliśmy zrozumieć własnej reakcji, a już wiemy, co druga osoba powinna zrobić, żebyśmy poczuli się lepiej. W takich chwilach trudno nam dostrzec, że pomiędzy tym, co poczuliśmy, a tym, czego żądamy, wydarzyło się coś ważnego.
Ścisk w brzuchu, obraz pustego łóżka, myśl „już mnie nie potrzebuje”. Takie doświadczenia mówią nam coś o znaczeniu sytuacji. Nie są jednak automatycznym dowodem na to, że partner rzeczywiście nas odrzuca. Możemy czuć się opuszczeni, choć druga osoba nie zamierza nas opuszczać. Możemy też trafnie wyczuwać oddalenie, którego partner jeszcze nie potrafi nazwać. Samo uczucie nie rozstrzyga, która z tych sytuacji ma miejsce.
Wydarzenie brzmi: partner chce zostać na noc. Znaczenie może brzmieć: woli tamtą osobę, nasz dom przestał być ważny, za chwilę odejdzie. To znaczenie może mieć oparcie w jego wcześniejszym zachowaniu, ale może również wynikać z naszych obaw. Zanim uznamy je za fakt, warto przyjrzeć się temu, skąd bierze się taka pewność. Czy reaguję na to, co rzeczywiście usłyszałem, czy na historię, którą niemal natychmiast dopowiedziałem?
Interesujące jest również to, czego oczekujemy po spełnieniu żądania. Jeżeli partner zrezygnuje ze spotkania, czy odzyskam poczucie bliskości? Czy wystarczy mi jego obecność, czy będę potrzebował również przekonania, że nie żałuje swojej decyzji? A jeśli będzie rozczarowany, czy potrafię to przyjąć? Możemy odkryć, że nie wystarcza nam wpływ na zachowanie partnera. Chcielibyśmy mieć wpływ również na to, co wolno mu czuć.
To moment, w którym kontrola zaczyna obejmować coraz większy obszar relacji. Nie chodzi już o ustalenie warunków wspólnego życia, lecz o próbę usunięcia z drugiego człowieka wszystkiego, co mogłoby wzbudzić naszą niepewność. Tyle że partner nie przestaje być odrębną osobą dlatego, że pozostaje z nami w związku. Jego pragnienia, rozczarowania i konflikty nie zawsze będą zgodne z naszymi potrzebami. Możemy próbować je zrozumieć, ale nie możemy sprawić, żeby przestały istnieć.
Mówić o potrzebie i wytrzymać odpowiedź
Powiedzenie „boję się, że tracę swoje miejsce” wymaga czegoś innego niż ogłoszenie zakazu. Odsłania zależność. Przyznajemy, że druga osoba jest dla nas ważna i że jej wybory mogą nas zranić. Dla kogoś, kto wcześniej doświadczał upokorzenia, odrzucenia albo lekceważenia własnych potrzeb, takie odsłonięcie się może być wyjątkowo trudne. Stanowczość bywa wtedy sposobem ukrycia bezradności.
Warto zauważyć, jak różne doświadczenia tworzą żądanie i prośba. Żądanie ma doprowadzić do określonego zachowania. Prośba dopuszcza możliwość odmowy. A właśnie ta możliwość bywa najtrudniejsza do zniesienia. Nie zawsze boimy się powiedzieć, czego potrzebujemy. Czasem boimy się przede wszystkim usłyszeć, że druga osoba nie chce lub nie potrafi nam tego dać.
Można powiedzieć: „Kiedy mówisz o wspólnym wyjeździe, zaczynam się bać, że nasze plany zejdą na dalszy plan. Potrzebuję porozmawiać o tym, co nadal chcemy budować razem”. Takie słowa nie gwarantują spokojnej rozmowy ani odpowiedzi, na którą liczymy. Pozwalają jednak mówić o rzeczywistym znaczeniu sytuacji, zamiast prowadzić spór wyłącznie o to, czy wyjazd powinien być dozwolony.
Po stronie partnera równie ważna jest gotowość do usłyszenia tej wypowiedzi bez natychmiastowego sprowadzenia jej do problemu drugiej osoby. „To twoja zazdrość, zajmij się nią” może brzmieć jak obrona autonomii, ale bywa również sposobem uniknięcia odpowiedzialności za własny wpływ na relację. W bliskim związku nie jesteśmy od siebie emocjonalnie niezależni. Nasze zachowanie ma znaczenie dla innych, nawet jeśli nie odpowiadamy za każde ich uczucie.
Nie oznacza to obowiązku rezygnowania z własnych potrzeb, żeby partner nigdy nie doświadczał lęku czy rozczarowania. Bliskość wymaga zdolności do przyjmowania uczuć drugiej osoby, ale nie wymaga podporządkowania im całego własnego życia. Czasem możliwy będzie kompromis, czasem potrzebna będzie zmiana zachowania, a czasem oboje będą musieli uznać, że chcą od związku czegoś innego.
Dlaczego samo zrozumienie nie wystarcza
Wgląd bywa ważnym momentem psychoterapii, ale nie jest jej końcem. Można doskonale rozumieć, że nocowanie partnera uruchamia lęk przed opuszczeniem, a następnego wieczoru nadal czuć przymus sprawdzania telefonu. Zdarza się, że potrafimy bardzo trafnie opisać własne mechanizmy, a mimo to w najważniejszych chwilach reagujemy dokładnie tak samo jak wcześniej. Samo nazwanie trudności nie sprawia jeszcze, że przestaje ona organizować nasze życie.
Przepracowanie polega między innymi na wielokrotnym spotykaniu się z tym samym konfliktem, ale stopniowo w inny sposób. Zaczynamy rozpoznawać moment, w którym lęk zamienia się w żądanie, złość w karanie, a potrzeba bliskości w kontrolę. Możemy odkrywać, że potrafimy wytrzymać uczucie, którego wcześniej musieliśmy natychmiast się pozbyć. Z czasem pojawia się więcej przestrzeni pomiędzy tym, co przeżywamy, a tym, co robimy.
Ważne jest również to, czy po konflikcie potrafimy ponownie zobaczyć partnera jako odrębną osobę, która ma własne potrzeby, pragnienia i ograniczenia. W chwilach silnego lęku łatwo zacząć przeżywać go wyłącznie jako źródło zagrożenia. Wszystko, co wcześniej dawało poczucie bliskości, schodzi wtedy na dalszy plan. Zostaje jedna potrzeba: odzyskać pewność. W takim stanie trudno przypomnieć sobie, że osoba, której się boimy, może być również tą samą osobą, z którą przeżyliśmy wiele dobrych i ważnych chwil.
W tej pracy może pojawić się również żal po wcześniejszej formie związku. Można chcieć niemonogamii i jednocześnie tęsknić za światem, w którym pewne rzeczy były tylko nasze. Zgoda nie usuwa straty. Możemy świadomie wybrać zmianę, a mimo to opłakiwać to, co wraz z nią odchodzi. Jeśli nie ma miejsca na ten żal, zasady mogą stać się próbą zachowania dawnego związku wewnątrz nowego, tak aby nic istotnego nie musiało się zmienić.
Nie uważam, że dojrzałość w niemonogamii należy mierzyć ilością bólu, który potrafimy znieść. Praca nad sobą nie polega na nieustannym przekraczaniu własnych granic. Czasem potrzebujemy czasu, czasem określonych warunków, a czasem uznania, że wybrana forma relacji nie odpowiada naszym potrzebom. Rozpoznanie obronnej funkcji zasady nie daje też nikomu prawa do jednostronnego jej złamania. Zrozumienie znaczenia ustalenia i dotrzymywanie zobowiązań to dwie różne kwestie.
Jeżeli te same konflikty stale powracają, psychoterapia może pomóc przyjrzeć się nie tylko temu, co dzieje się pomiędzy partnerami, ale również temu, jak przeżywamy bliskość, zależność i możliwość odrzucenia. Niektóre z tych trudności mogą ujawniać się także w relacji z terapeutą. Wtedy nie pracujemy już wyłącznie nad opowieścią o związku, lecz nad żywym doświadczeniem bycia z drugim człowiekiem, którego nie możemy całkowicie kontrolować.
Nie każda zasada musi zniknąć
Po głębszym przyjrzeniu się swoim potrzebom można dojść do przekonania, że wspólne łóżko pozostaje prywatną przestrzenią, określone zobowiązania mają pierwszeństwo albo pewne doświadczenia chcemy zachować wyłącznie dla jednej relacji. Można również odkryć, że niemonogamia nie jest formą związku, w której chcemy żyć. Psychologiczny wgląd nie ma prowadzić wszystkich do tego samego modelu relacji. Ma pomagać rozumieć własne wybory i ich konsekwencje.
Warto przy tym zauważyć, jak wiele możemy oczekiwać od zasad. Chcielibyśmy, żeby chroniły nasze poczucie wyjątkowości, zapobiegały zazdrości, zabezpieczały przed odrzuceniem i pozwalały zachować bliskość w niezmienionej postaci. Niektóre z tych oczekiwań wykraczają jednak daleko poza to, co można osiągnąć przez uzgodnienie określonego zachowania. Możemy zdecydować, kto i kiedy nocuje w naszym domu. Nie możemy w ten sposób zdecydować, co druga osoba będzie czuła za rok.
Zmiana nie zawsze polega na rezygnacji z zasady. Czasem polega na tym, że potrafimy powiedzieć, dlaczego jest dla nas ważna, bez przedstawiania własnego lęku jako moralnego obowiązku drugiej osoby. Możemy usłyszeć odmowę, nie uznając jej automatycznie za dowód braku miłości. Możemy również zdecydować, że proponowane warunki nie są dla nas możliwe, bez konieczności udowadniania, że partner postępuje niewłaściwie.
Ostatecznie interesuje mnie nie tylko to, czy coś może pozostać „nasze”, ale również to, ile nadziei umieściliśmy w tym słowie. Wspólny symbol może przechowywać historię, ale nie zagwarantuje, że historia nigdy się nie zmieni. Zasada może chronić ważną część związku, ale nie zapewni nam miłości. Możemy próbować zatrzymać drugiego człowieka w roli, która daje nam poczucie bezpieczeństwa, lecz wtedy coraz trudniej spotkać się z nim takim, jaki rzeczywiście jest. Być może najtrudniejszą częścią bliskości pozostaje właśnie to: pozwolić drugiej osobie być odrębną, wiedząc, jak wiele jej wybory dla nas znaczą.
Jeżeli rozpoznajesz w tym opisie własne doświadczenie, możesz przyjrzeć się mu w psychoterapii indywidualnej lub podczas terapii par. Pracuję w gabinetach w Bournemouth i Southampton, a także prowadzę psychoterapię online po polsku dla osób mieszkających w Wielkiej Brytanii i innych krajach Europy.
Pierwszym krokiem może być bezpłatna konsultacja, podczas której można krótko przedstawić sytuację i sprawdzić, czy wspólna praca będzie odpowiednią formą pomocy. Aby umówić spotkanie lub zapytać o możliwość wspólnej pracy, skontaktuj się ze mną.
