
CO ZASADY CHRONIĄ W RELACJI NIEMONOGAMICZNEJ

CZY PO LATACH CHAOSU MOŻNA ZBUDOWAĆ INNĄ RELACJĘ?
Mamy powiedzieć partnerowi coś ważnego. Zdanie jest niemal gotowe, ale zanim padnie, zaczynamy je zmieniać. To właściwie nic takiego. Może lepiej nie wracać do tematu. W wyobraźni pojawia się twarz drugiej osoby po usłyszeniu naszego wyznania. Pobłażliwy uśmiech, zakłopotanie albo coś trudniejszego do zniesienia: zmiana sposobu, w jaki będzie na nas patrzeć. Wstyd potrafi zakończyć rozmowę, zanim druga osoba dowie się, o czym chcieliśmy mówić.
Potem partner może zapytać, czy wszystko w porządku. Odpowiadamy, że tak. Zostajemy z tym, czego nie powiedzieliśmy, i z żalem, że znowu nie zostaliśmy zrozumiani. Czasami nawet trudno uchwycić, co właściwie chcieliśmy pokazać. Zdanie zostało wycofane tak szybko, że pamiętamy już głównie przekonanie, że nie warto było go wypowiadać.
Nie traktowałbym tego wyłącznie jako trudności w komunikacji. Człowiek może umieć mówić jasno, spierać się, negocjować w pracy i swobodnie opowiadać o swoim życiu. Wobec bliskiej osoby milknie akurat tam, gdzie ma najwięcej do powiedzenia. Nie brakuje mu słów. Brakuje przekonania, że po ich wypowiedzeniu nadal będzie kimś, kogo można kochać i szanować.
Można dzielić z kimś dom, łóżko i wiele lat życia, a pozostawać samotnym w tym, czego nigdy nie odważyliśmy się pokazać. Dlatego interesuje mnie nie tylko to, czy ludzie ze sobą rozmawiają, ale również to, o czym nauczyli się przy sobie nie mówić. I co dzieje się z więzią, kiedy właśnie te sprawy zaczynają mieć największe znaczenie.
Jeżeli muszę poprosić, to już się nie liczy

Ktoś czeka, aż partner odłoży telefon i podejdzie. Dzień był trudny, ale trudno o tym powiedzieć. Potrzebne byłoby zwykłe przytulenie. Mija kilka minut. Partner nie podchodzi, a w środku zaczyna się układać znajoma opowieść: znowu trzeba się dopominać, znowu wszystko inne jest ważniejsze. Kiedy wreszcie pada pytanie, czego potrzebujemy, odpowiedź brzmi: „Już niczego”.
To „już” potrafi pomieścić bardzo dużo. Potrzeba nie zniknęła, ale jej zaspokojenie na tych warunkach straciło wartość. Jeżeli muszę powiedzieć, że chcę twojej uwagi, to późniejsza uwaga będzie tylko wykonaniem prośby. Nie dowiedzie, że samodzielnie o mnie myślisz. Chcę, żebyś się domyślił, bo dopiero wtedy uwierzę, że naprawdę jestem ważny.
Jest w tym pragnienie bycia tak dobrze znanym, żeby nie trzeba było niczego wyjaśniać. Czasem również tęsknota za opieką, której wcześniej brakowało. Dorosły człowiek może bardzo sprawnie zajmować się innymi, a w takim momencie potrzebować, żeby ktoś wreszcie sam go zauważył. Samodzielność nie usuwa tej potrzeby. Może natomiast sprawiać, że szczególnie trudno się do niej przyznać.
Człowiek może bardzo potrzebować czułości i jednocześnie nie chcieć zostać zobaczony jako ktoś, kto jej potrzebuje. Zamiast poprosić, wycofuje się albo krytykuje. Zarzut daje pewną ochronę: to partner zachował się niewłaściwie, to on powinien coś zmienić. Nie trzeba pokazywać, jak dotkliwa była chwila czekania.
Druga osoba odpowiada wtedy na chłód lub pretensję. Zaczyna się bronić, tłumaczyć albo również się odsuwa. Własne przewidywanie zostaje potwierdzone: nie ma sensu mówić o potrzebach, bo i tak kończy się kłótnią. Trudniej zobaczyć, że potrzeba właściwie nie dostała jeszcze miejsca w tej rozmowie. Wszedł do niej dopiero zarzut.
Nie oznacza to, że każdy partner jest uważny, tylko źle odczytujemy jego intencje. Ktoś może naprawdę nie reagować na wielokrotnie wypowiadane prośby. Warto wiedzieć, czy próbujemy odzyskać kontakt, którego druga osoba unika, czy wymagamy od niej, żeby rozpoznała coś, czego starannie nie pokazujemy. Nie sposób zbudować bliskości wyłącznie na tym, czego partner powinien się domyślić.
Kogo właściwie kocha druga osoba
Czasem łatwiej opowiedzieć coś obcej osobie niż człowiekowi, z którym żyjemy. To nie musi świadczyć o braku zaufania do partnera. Bywa tak, że właśnie jego opinia ma zbyt wielką wagę. Obca osoba może pomyśleć coś nieprzychylnego i zniknąć z naszego życia. Ze spojrzeniem partnera będziemy siadać do śniadania i kłaść się do łóżka.
Można więc pokazywać przede wszystkim tę wersję siebie, przy której czujemy się bezpiecznie. Ktoś jest zawsze rozsądny, bo nie potrafi znieść myśli, że zostanie uznany za bezradnego. Ktoś okazuje wyrozumiałość, chociaż pod spodem narasta zazdrość. Inna osoba swobodnie mówi o seksie, ale nigdy nie prosi o delikatność. Nie zawsze chodzi o świadome udawanie. Z czasem sami możemy przestać rozpoznawać, ile wysiłku kosztuje utrzymanie takiej pozycji.
Partner może rzeczywiście kochać osobę, którą zna. Tymczasem ona podważa tę miłość: gdyby wiedział więcej, nie patrzyłby tak na mnie. Pochwała przynosi krótką ulgę, po której wraca niepewność. Docenione zostało to, co udało się pokazać. Reszta nadal czeka na ocenę, do której nie wolno dopuścić.
Ukrywamy część siebie, żeby nie zostać odrzuceni, a potem cierpimy, ponieważ miłość nie dociera właśnie tam, gdzie najbardziej jej potrzebujemy. Nie chodzi o to, że bliskość staje się przez to fałszywa. Własna zdolność jej przyjmowania może jednak pozostawać ograniczona. Trudno uwierzyć, że ktoś przyjmuje mnie, jeśli jestem przekonany, że pewnych rzeczy mógłby nie przyjąć.
Wstyd nie dotyczy przy tym wyłącznie słabości. Można bez większego trudu opowiadać o cierpieniu i czerwienić się na myśl o własnej ambicji. Chcieć napisać książkę, osiągnąć coś znaczącego, być podziwianym. Ukrywać to pod żartem, bo poważne potraktowanie własnego pragnienia wystawiłoby nas również na widok cudzej obojętności. Jeśli nikt nie wie, jak bardzo mi zależy, porażka nie odsłoni mnie aż tak mocno.
W relacji niemonogamicznej podobnie można schować zazdrość, która nie pasuje do własnego obrazu otwartości. Po zdradzie wstyd może dotyczyć tęsknoty za osobą, od której postanowiliśmy odejść. Zaczynamy poprawiać własne uczucie, zanim zdążymy je poznać. W artykule o zasadach w niemonogamii przyglądam się temu, jak niewypowiedziana potrzeba potrafi przybrać postać ograniczeń nakładanych na partnera.
W łóżku również można pilnować własnego wizerunku
Wstyd seksualny kojarzy się czasem z czymś, co trudno wyznać: fantazją, pragnieniem, doświadczeniem z przeszłości. Tymczasem można wstydzić się braku ochoty, wolniejszego tempa albo tego, że chce się wyłącznie przytulenia. Nawet zdanie „nie wiem, co lubię” bywa trudne dla kogoś, kto uważa, że w dorosłym związku powinien już wszystko o sobie wiedzieć.
Człowiek próbuje wtedy pokazać, że radzi sobie lepiej, niż się czuje. Nie mówi, że określony dotyk mu nie odpowiada. Udaje zainteresowanie, żeby nie rozczarować. Sprawdza, czy reakcja ciała jest wystarczająco wyraźna. Partner może nawet nie zauważyć tego wysiłku, bo z zewnątrz wszystko wygląda na zgodne i przyjemne.
Zamiast być z drugą osobą, zaczynamy obserwować siebie w jej domniemanych oczach. Czy wyglądam atrakcyjnie? Czy nie trwa to za długo? Czy widać, że nie wiem, co zrobić? Uwaga stopniowo odsuwa się od tego, co czujemy, i zajmuje oceną tego, jak wypadamy. W takim stanie trudno również odkryć, czego rzeczywiście chcemy. Najważniejsze staje się, żeby nie ujawniło się coś, czego się wstydzimy.
Może to podtrzymywać trudności, które próbujemy ukryć, choć nie wyjaśnia wszystkich problemów z pożądaniem czy pobudzeniem. Interesuje mnie tutaj koszt samego ukrywania. Partner nie wie, że bliskość wiąże się z napięciem, więc nadal robi to, co wcześniej wydawało się mile widziane. Coraz trudniej powiedzieć, że od dawna nie czujemy się z tym dobrze. Do pierwotnego wstydu dochodzi obawa: co pomyśli, kiedy dowie się, że wcześniej milczeliśmy?
W niemonogamii możemy też porównywać się z innym partnerem bliskiej osoby. Zwykle niewiele wiemy o ich intymności, więc wyobraźnia uzupełnia to, czego nie znamy. Zakładamy, że ktoś inny jest swobodniejszy, bardziej pożądany i nie doświadcza naszych trudności. Własną niepewność znamy od środka. Cudzej nie widzimy, więc łatwo uznać, że jej nie ma.
Wstyd nie potrzebuje dowodu, że ktoś nas ocenia. Wystarczy przekonanie, że gdyby wiedział, oceniłby nas źle. Dlatego zapewnienie o atrakcyjności nie zawsze trafia w sedno. Czasem potrzebna jest możliwość powiedzenia, że czegoś nie chcemy albo nie umiemy, bez natychmiastowej konieczności udowadniania, że poza tym wszystko jest w porządku. Przytulenie, które rzeczywiście nie musi prowadzić dalej. Pytanie, na które można odpowiedzieć „nie wiem”. Odmowa, po której nie trzeba naprawiać urażonego partnera.
Możemy nosić spojrzenie kogoś, kto już dawno na nas nie patrzy

Nie każde zawstydzenie zaczyna się w obecnym związku. Ktoś od dawna przeprasza, zanim o cokolwiek poprosi. Ktoś śmieje się z własnych planów, zanim inni zdążą zareagować. Inna osoba mówi o bólu tak rzeczowo, że trudno usłyszeć, jak bardzo ją dotyczy. Dawna reakcja otoczenia może stać się sposobem, w jaki sami przyjmujemy własne doświadczenie.
Dziecko, którego płacz budzi zniecierpliwienie, z czasem może nauczyć się powstrzymywać go jeszcze przed pojawieniem się dorosłego. Nie potrzebuje już komentarza, że przesadza. Samo zaczyna tak o sobie myśleć. W dorosłości zdanie „potrzebuję pomocy” również brzmi wtedy jak przyznanie się do czegoś niewłaściwego. Zanim usłyszymy odpowiedź partnera, własny osąd zdążył już zapaść.
To właśnie w tym sensie możemy nosić w sobie spojrzenie kogoś, kto już dawno przestał na nas patrzeć. Obecna osoba nie musi przypominać tamtej charakterem ani sposobem traktowania. Wystarczy, że dotykamy podobnego miejsca w sobie. Znowu czegoś chcemy. Znowu nie wiemy, czy nasza potrzeba okaże się dla kogoś zbyt duża.
Partner milczy po ważnym wyznaniu. Może szuka słów albo próbuje zrozumieć coś, o czym słyszy po raz pierwszy. Tymczasem my zaczynamy się wycofywać: „Nieważne, głupio to zabrzmiało”. Nie czekamy już na odpowiedź. Wstyd nadał ciszy znajome znaczenie, a cofnięcie wyznania ma nas ochronić przed usłyszeniem go na głos.
W takiej chwili trudno zostawić miejsce na rzeczywistego człowieka. Jego reakcja została przewidziana, czasem zanim sam zdążył dowiedzieć się, co przeżywamy. Zmiana może zacząć się od zauważenia: nie wiem jeszcze, co oznacza to milczenie. To niewielka różnica w słowach, ale wymaga wytrzymania chwili, w której nie można ani zaufać własnemu osądowi bez zastrzeżeń, ani szybko się ochronić.
Nie chciałbym jednak, żeby takie rozumienie służyło przekonywaniu kogoś, że bezpodstawnie się boi. Partner mógł już wyśmiać wyznanie, opowiedzieć o nim znajomym albo wrócić do niego podczas kłótni. Nie powinniśmy uczyć człowieka większej otwartości wobec kogoś, kto wykorzystuje jego odsłonięcie przeciwko niemu. Ostrożność może być rozsądną odpowiedzią na aktualną relację.
Zaufanie ma oparcie w konkretnych doświadczeniach. Ktoś nie używa naszej niepewności jako argumentu w sporze. Potrafi odmówić bez ośmieszania. Nie domaga się wyznania wszystkiego jako dowodu miłości. Wtedy można stopniowo sprawdzać coś nowego, bez obowiązku uznania z góry, że tym razem na pewno będzie inaczej.
Najłatwiej zapamiętać kłótnię, trudniej chwilę przed nią
Ktoś zaczyna mówić o czymś osobistym, a partner spogląda na telefon. Być może odruchowo. Być może rzeczywiście nie słucha. W jednej chwili robi się gorąco, pojawia się upokorzenie, a zaraz potem pada: „Z tobą nigdy nie można normalnie porozmawiać”. Od tej pory rozmowa dotyczy już tego, czy „nigdy” jest sprawiedliwym określeniem i ile razy partner jednak słuchał.
Pierwotny moment znika. Nie ma już człowieka, który odważył się coś pokazać i poczuł, że nikogo to nie obchodzi. Jest oskarżenie, obrona i kolejne przykłady z przeszłości. Po kłótni łatwo pamiętać, kto co powiedział. Znacznie trudniej wrócić do chwili, kiedy zamiast powiedzieć o zranieniu, zaatakowaliśmy.
Złość może pozwolić odzyskać przewagę dokładnie wtedy, gdy wstyd odbiera nam poczucie własnej wartości. Przed chwilą czułem się mały i nieważny. Teraz wiem przynajmniej, co jest z tobą nie tak. Nie muszę już pozostawać przy własnej bezbronności, bo mogę zająć się twoim zachowaniem.
To nie znaczy, że zarzut jest całkowicie bezpodstawny. Zerkanie w telefon podczas osobistej rozmowy może rzeczywiście ranić. Ale jeżeli cała uwaga pójdzie w rozstrzyganie, kto miał rację, nie dowiemy się, co nadawało tej chwili tak wielką wagę. Być może człowiek od tygodni zbierał się do powiedzenia tego jednego zdania. Partner zobaczył początek rozmowy. On przeżywał nieudaną próbę pokazania czegoś, co od dawna ukrywał.
Zrozumienie tego nie usprawiedliwia poniżania ani zastraszania. Nie każda złość osłania też wstyd. Warto jednak szukać tego miejsca tam, gdzie konflikt wybucha niemal natychmiast po próbie zbliżenia. Można z czasem wrócić i powiedzieć: „Kiedy spojrzałeś na telefon, poczułem się głupio, że w ogóle zacząłem. Potem już chciałem cię zranić”. Takie rozpoznanie obejmuje zarówno własny ból, jak i odpowiedzialność za to, co z nim zrobiliśmy.
Pocieszenie też może przerwać wyznanie
Nie tylko obojętność odsuwa nas od siebie. Czasami partner bardzo chce pomóc i właśnie dlatego nie pozwala nam dokończyć. „Nie masz się czego wstydzić”. „Przecież jesteś świetny”. „Dla mnie to żaden problem”. Odpowiedź przychodzi tak szybko, jakby samo pojawienie się wstydu było czymś, co trzeba natychmiast naprawić.
Ktoś po raz pierwszy mówi o części swojego ciała, którą od lat próbuje ukryć. Słyszy, że wszystko jest piękne. Być może partner mówi szczerze i takie zapewnienie ma znaczenie. Nadal jednak nie wie, jak wygląda życie z tym wstydem. Unikanie światła, dobieranie ubrania, napięcie przed wyjazdem. Jak często trzeba było zrezygnować z czegoś przyjemnego, żeby nikt nie zobaczył. Rozmowa nie zdążyła do tego dojść.
Przyjęcie drugiego człowieka nie zawsze polega na przekonaniu go, że nie ma powodu czuć tego, co czuje. Czasem potrzebuje najpierw opowiedzieć, jak to jest od dawna tak siebie widzieć. Usłyszeć pytanie, które nie zawiera gotowej odpowiedzi. Móc przez chwilę się wstydzić przy kimś, kto nie patrzy z pogardą, ale też nie spieszy się z zakończeniem tematu.
To bywa trudne również dla osoby słuchającej. Widok czyjegoś odsłonięcia może budzić własne zakłopotanie i bezradność. Chcemy szybko pocieszyć nie tylko dlatego, że kochamy, ale czasem także dlatego, że trudno nam pozostać przy czymś, czego nie umiemy usunąć. Sama dobra intencja nie mówi jeszcze, czy druga osoba poczuła się poznana.
Inaczej jest jednak, gdy wyznanie dotyczy zdrady, oszustwa albo innej wyrządzonej krzywdy. Wstyd osoby ujawniającej swoje zachowanie nie zobowiązuje partnera do troszczenia się o jej obraz siebie. Druga osoba ma prawo do bólu, złości i pytań. To, że wstydzimy się tego, co zrobiliśmy, nie zwalnia nas z odpowiedzialności ani nie daje prawa do pocieszenia od osoby zranionej. Temu napięciu przyglądam się również w tekście „Czy po latach chaosu można zbudować inną relację?”.
Nie wszystko trzeba wyznać
Nie mierzyłbym bliskości ilością ujawnionych informacji. Można opowiadać partnerowi bardzo dużo, a omijać właśnie to, co dzieje się między nami. Można również zachować coś dla siebie, nie zrywając kontaktu. Prywatność nie jest przeszkodą, którą związek powinien stopniowo usunąć.
Otwartość, która przestaje być wyborem, może stać się kolejnym wymaganiem, któremu próbujemy sprostać. Dlatego nie chodzi o wyznanie wszystkiego ani o nakaz większej odwagi. Ważne jest również, czy samemu można uznać własne doświadczenie, zanim zdecyduje się pokazać je komukolwiek. Czy potrafię przyznać przed sobą, że potrzebuję więcej czułości? Że zazdroszczę? Że chcę osiągnąć coś, co może się nie udać?
W psychoterapii rozmowa może zatrzymać się właśnie przy takim miejscu. Ktoś opowiada o wydarzeniu, a potem dodaje: „To pewnie brzmi żałośnie”. Nie trzeba natychmiast zaprzeczać. Warto dowiedzieć się, skąd pojawiło się przekonanie, że terapeuta właśnie tak usłyszy tę historię. Co zostało przed chwilą pokazane? Jakiej reakcji spodziewa się osoba, która mówi?
Także życzliwa odpowiedź może nie zostać od razu przyjęta. Człowiek może pomyśleć, że terapeuta po prostu nie ma prawa go ocenić albo że jeszcze nie poznał całej prawdy. Wtedy samo zapewnienie o akceptacji nie wystarczy. Potrzebne jest miejsce również na tę nieufność, na sprawdzanie reakcji i na możliwość powiedzenia, że usłyszana odpowiedź wcale nie przyniosła ulgi.
W bliskim związku pierwszą zmianą może być zdanie znacznie skromniejsze od wielkiego wyznania: „Chcę ci coś powiedzieć, ale już zaczynam się z tego wycofywać”. Nie trzeba jeszcze opowiadać całej historii. Można pokazać sam moment, w którym kontakt staje się trudny. Partner nie musi od razu umieć odpowiedzieć, a jego zawahanie nie musi rozstrzygać o wszystkim.
Najbardziej porusza mnie jednak pytanie: jeżeli przez całe życie próbujemy być kochani za tę wersję siebie, którą uznajemy za możliwą do przyjęcia, kiedy właściwie pozwalamy drugiemu człowiekowi poznać nas samych? Nie całą prywatność i nie każdą myśl. Może właśnie tę potrzebę, którą tak długo próbowaliśmy pokazać w sposób, z którego nikt nie domyśliłby się, jak bardzo jest ważna.
Jeżeli rozpoznajesz w tym tekście własne doświadczenie, możesz przyjrzeć się mu w psychoterapii indywidualnej lub podczas terapii par. Prowadzę również psychoterapię online po polsku dla osób mieszkających w Wielkiej Brytanii i innych krajach Europy. Aby zapytać o możliwość rozpoczęcia spotkań, skorzystaj z formularza kontaktowego.

