
CZY PO LATACH CHAOSU MOŻNA ZBUDOWAĆ INNĄ RELACJĘ?
Wyobraźmy sobie taką sytuację. Ktoś opowiada w grupie, że w jego życiu zawsze jest miejsce na problemy innych, ale kiedy sam czegoś potrzebuje, zostaje z tym sam. Pozostali słuchają. Jedna osoba pyta, jak to jest mówić im o tym teraz. Przez chwilę zapada cisza. „Właściwie nie jest tak źle”, odpowiada uczestnik, po czym zwraca się do kogoś, kto na poprzednim spotkaniu mówił o trudnym rozstaniu. „A jak ty się czujesz po zeszłym tygodniu?”.
Rozmowa rusza dalej. Można nawet uznać, że wydarzyło się coś dobrego: ktoś okazał zainteresowanie, nawiązał do wcześniejszego spotkania, zadbał o ciągłość kontaktu. Dopiero później wraca pytanie o to, co stało się z człowiekiem, który przed chwilą mówił o swojej samotności. Grupa znów zajmuje się kimś innym. On znów słucha.
To, co miało zostać opowiedziane jako problem spoza gabinetu, właśnie zaczęło wydarzać się między obecnymi osobami. Nie trzeba jeszcze wiedzieć, dlaczego. Warto najpierw zauważyć tę krótką chwilę, kiedy uwaga była dostępna, a potem przestała dotyczyć osoby, która jej potrzebowała.
Interesuje mnie w pracy grupowej właśnie możliwość zatrzymania się przy czymś, co w codziennym życiu łatwo znika. Po rozmowie pamiętamy już przede wszystkim znajomy rezultat: znowu nikt się mną nie zainteresował. Trudniej odtworzyć, jak do niego doszło. Kto zapytał, kto się zawahał, kto zmienił temat i dlaczego pozostali tak chętnie za nim poszli. O warunkach i organizacji takich spotkań piszę szerzej na stronie poświęconej psychoterapii grupowej.
Chwila, której nie ma w opowieści
Można dobrze rozumieć swoją historię i nadal nie rozpoznawać jej w trakcie rozmowy. Człowiek wie, że trudno mu prosić o pomoc. Potrafi opowiedzieć, jak wcześnie nauczył się nie sprawiać kłopotu i zajmować potrzebami rodziny. Być może wiele razy już o tym rozmawiał. Kiedy jednak kilka osób zaczyna się nim interesować, nie myśli: „Teraz wycofam własną potrzebę”. Po prostu przypomina sobie, że ktoś inny ma gorzej. W rodzinach dotkniętych uzależnieniem zajmowanie się potrzebami innych może stać się szczególnie ważnym sposobem utrzymywania więzi. Więcej o tym kontekście znajduje się na stronie poświęconej Dorosłym Dzieciom Alkoholików (DDA).
Zanim zdąży zauważyć napięcie, już pomaga. Zanim rozpozna żal, już zapewnia, że wszystko jest w porządku. Taki ruch jest tak znajomy, że nie wygląda jak wybór. Wydaje się charakterem, uprzejmością albo zwyczajnym zainteresowaniem drugim człowiekiem. I może nim również być. Obronna funkcja zachowania nie przekreśla wszystkiego, co w nim szczere. Można naprawdę troszczyć się o innych, a jednocześnie korzystać z tej troski, żeby nie znaleźć się w pozycji kogoś potrzebującego.
W grupie ktoś może powiedzieć: „Zapytałam o ciebie, ale bardzo szybko zaczęliśmy rozmawiać o mnie”. To jeszcze nie jest interpretacja całego życia. Jest to obserwacja wydarzenia, do którego wszyscy mają dostęp. Można wrócić do chwili ciszy. Czy uwaga była przyjemna? Czy pojawił się wstyd? A może pytanie zabrzmiało jak żądanie odsłonięcia czegoś, na co nie było jeszcze gotowości?
Może się okazać, że po zmianie tematu przyszła ulga. Kiedy wszyscy patrzyli, trudno było znaleźć słowa. Pojawiła się myśl: „Teraz muszę powiedzieć coś wystarczająco ważnego, żeby nie żałowali, że zapytali”. W roli słuchacza ten sam człowiek jest swobodny i uważny. Jako osoba, której się słucha, czuje się kłopotliwy.
Samo zauważenie tego nie musi jeszcze niczego zmienić. Może jednak po raz pierwszy pozwolić powiedzieć w obecności innych: „Chyba chciałem, żebyście zapytali, ale kiedy to zrobiliście, nie wiedziałem, jak przy was zostać”. Wtedy rozmowa dotyczy już czegoś więcej niż przekonania, że ludzie nie interesują się naszymi potrzebami.
Kto podtrzymuje znajomą rolę

W tej sytuacji łatwo skupić całą uwagę na osobie, która zmieniła temat. Skoro sama odsuwa zainteresowanie, to może wystarczy, żeby przestała? Takie wyjaśnienie pomija jednak to, co zrobili pozostali. Ktoś przyjął pytanie, ktoś zaczął udzielać rad, nikt nie wrócił do przerwanej wypowiedzi. Grupa mogła poczuć ulgę, kiedy nie trzeba już było pozostawać przy czyjejś potrzebie i własnej niepewności, jak na nią odpowiedzieć.
Wzorzec relacyjny utrzymuje się również dzięki temu, jak odpowiadają na niego inni. Człowiek przyzwyczajony do pomagania nie trafia za każdym razem w próżnię. Spotyka ludzi, którzy chętnie korzystają z jego dostępności, czasem nie zauważając, ile ona kosztuje. Z kolei on może tak skutecznie nie pokazywać zmęczenia, że otoczenie przestaje brać je pod uwagę.
Z czasem także w grupie powstają znajome miejsca. Do jednej osoby zwracamy się po rozsądną opinię. Od innej oczekujemy żartu, gdy robi się trudno. Kogoś pytamy, czy wszystko w porządku, a o kogoś innego prawie nigdy się nie martwimy. Nie musi to być świadoma decyzja. Kolejne rozmowy stopniowo utrwalają przekonanie, kto jaki jest i czego można się po nim spodziewać.
Osoba uznawana za silną może wreszcie powiedzieć, że sobie nie radzi, i usłyszeć: „Ale ty zawsze jakoś dajesz sobie radę”. To zdanie może być pomyślane jako wsparcie. Może też zamknąć próbę pokazania bezradności. Grupa zachowuje wtedy kogoś, na kim można się oprzeć, ale traci możliwość poznania jego innej strony.
Nie interesuje mnie przydzielanie uczestnikom nazw: opiekun, sceptyk, osoba wycofana. Zbyt łatwo można w ten sposób zamienić obserwację w kolejną tożsamość, z której trudno wyjść. Ważniejsze wydaje mi się pytanie: co staje się możliwe dzięki temu miejscu, a czego nie można w nim pokazać? Pomagając, można czuć się potrzebnym. Milcząc, można ograniczać ryzyko ośmieszenia. Żartując, można wpływać na napięcie bez mówienia, że samemu trudno je wytrzymać.
Dlatego prośba „spróbuj tym razem nie pomagać” może dotykać znacznie więcej niż jednego nawyku. Jeśli nie będę użyteczny, to po co mam tu być? Czy ktoś będzie chciał mojego towarzystwa, kiedy niczego nie daję? Porzucenie roli może na początku przypominać utratę prawa do miejsca wśród ludzi. Nie wystarczy przekonać człowieka, że nie musi zasługiwać. Potrzebuje jeszcze sprawdzić, czy inni potrafią spotkać go bez dotychczasowego warunku.
Dobre zamiary nie wyjaśniają całej rozmowy
Załóżmy, że osoba, do której skierowano pytanie o rozstanie, wraca do tego później: „Wiem, że chciałeś się zainteresować, ale poczułam się trochę wykorzystana do zmiany tematu. Nie chciałam wtedy mówić o sobie”. Dla kogoś, kto widzi siebie jako uważnego słuchacza, może to być trudna informacja. Przecież pamiętał. Przecież zapytał. Jak to możliwe, że troska została odebrana w ten sposób?
Własne zachowanie najłatwiej wyjaśniamy intencją. Drugi człowiek doświadcza również jego skutków. Rada może pozostawić kogoś z poczuciem, że nie został wysłuchany. Żart może przerwać wypowiedź, do której zbierał się od tygodni. Ostrożne dobieranie słów może dla jednej osoby oznaczać szacunek, a dla innej dystans, za którym trudno rozpoznać jakiekolwiek zaangażowanie.
Nie chodzi o to, żeby odrzucić własną intencję i przyjąć cudzą ocenę. Można powiedzieć: „Naprawdę chciałem wiedzieć, co u ciebie. Widzę jednak, że zapytałem właśnie wtedy, kiedy trudno mi było mówić o sobie”. W takim zdaniu jest miejsce zarówno na troskę, jak i na jej mniej wygodną funkcję. Nie trzeba wybierać między przekonaniem, że jest się dobrym człowiekiem, a uznaniem, że coś w naszym zachowaniu zraniło drugą osobę.
Obecność kilku osób komplikuje ten obraz. Ktoś inny może powiedzieć: „Mnie twoje pytanie uspokoiło. Pomyślałem, że pamiętasz o ludziach”. Jeszcze ktoś poczuł złość, bo sam chciał wrócić do przerwanej opowieści, ale znów nie zabrał głosu. Nie powstaje jedna ocena, którą należy uznać za prawdziwą. Można zobaczyć, co ta sama sytuacja uruchamia w różnych osobach i jak każda z nich wpływa na jej dalszy przebieg.
Własne reakcje bywają równie ważne jak to, co słyszymy o sobie. Dlaczego drażni mnie ktoś, kto bez skrępowania prosi o uwagę? Czy rzeczywiście nie zostawia miejsca innym, czy trudno mi patrzeć na swobodę, na którą sobie nie pozwalam? A może obie rzeczy są prawdziwe? Nie każda irytacja skrywa zakazaną potrzebę. Warto jednak przyjrzeć się jej tam, gdzie siła reakcji zaskakuje również nas samych.
Milczenie też organizuje relacje
Nie wszystkie wzorce stają się widoczne w tym, co ktoś mówi. Grupa może z czasem zauważyć, że zna poglądy uczestnika, historię jego rodziny i problemy w pracy, a nadal niewiele wie o tym, co czuje wobec obecnych osób. Nie prosi. Nie wraca do chwili, w której ktoś mu przerwał. Nie mówi, czy czekał na spotkanie ani czy kogoś mu brakowało.
Zdanie „dużo wiem o twoim życiu, ale nie wiem, czy ja w ogóle coś dla ciebie znaczę” może odsłonić samotność po drugiej stronie tego dystansu. Osoba milcząca być może od dawna czuje, że inni jej nie zauważają. Nie przypuszcza, że ktoś obok również czeka na sygnał zainteresowania i wycofuje się, kiedy go nie dostaje.
Wcześniejsze doświadczenia wpływają na to, czego spodziewamy się po osobie obecnej teraz. W języku psychodynamicznym mówimy w tym kontekście o przeniesieniu. Czyjeś zamyślenie może nabrać znaczenia dawnej obojętności. Pytanie może zabrzmieć jak kontrola, a różnica zdań jak zapowiedź wykluczenia. Nie trzeba przy tym świadomie przypominać sobie wcześniejszej relacji. Czasami pozostaje tylko pewność: „Już wiem, jak to się skończy”.
Jeżeli z tą pewnością człowiek natychmiast się wycofa, pozostali mogą nigdy nie dowiedzieć się, co się wydarzyło. Zaczynają rozmawiać między sobą. Znajomy obraz świata znów się potwierdza. Możliwość powiedzenia „kiedy odwróciłeś wzrok, pomyślałam, że masz mnie dość” pozwala wrócić do sytuacji, zanim stanie się kolejnym dowodem, że nie ma sensu się odzywać.
Sprawdzenie własnych obaw wymaga możliwości zapytania drugiej osoby, co się z nią dzieje, i wysłuchania jej odpowiedzi. Jej milczenie może wynikać ze zmęczenia, poruszenia własnym wspomnieniem albo rzeczywistego zniecierpliwienia. Tymczasem my możemy od razu usłyszeć w nim znajome odrzucenie. W psychoterapii nazywamy przeniesieniem sytuację, w której wcześniejsze relacje wpływają na to, czego spodziewamy się po osobie obecnej teraz i jak odczytujemy jej zachowanie. Nie oznacza to jednak, że wszystko sobie dopowiadamy. Druga osoba może rzeczywiście nas lekceważyć. Dlatego warto przyglądać się zarówno temu, co znamy z przeszłości, jak i temu, jak jesteśmy traktowani w tej konkretnej rozmowie.
W grupie nawet taka wymiana nie pozostaje wyłącznie sprawą dwóch osób. Jedni chcą szybko zapewnić, że wszyscy wszystkich lubią. Ktoś milczy z obawy, że szczera odpowiedź wywoła konflikt. Inna osoba czuje ulgę, że wreszcie można powiedzieć o niechęci. Warto zobaczyć również te reakcje. Czy grupa potrafi pomieścić różnicę, czy potrzebuje ją jak najszybciej usunąć? Czy daje przestrzeń na rozmowę, czy zostawia jedną osobę samą z napięciem, którego pozostali nie chcą dotykać?
Grupa również może się mylić
Kilka podobnych opinii może wywierać ogromną siłę. Jeżeli trzy osoby mówią, że odbierają mnie jako chłodnego, łatwo uznać, że oto poznaję obiektywną prawdę. Tymczasem każda patrzy przez własne doświadczenia, a uczestnicy wpływają także na to, co pozostali zaczynają dostrzegać. Raz przyjęty obraz bywa później potwierdzany nawet wtedy, kiedy ktoś próbuje zachować się inaczej.
Informacja od grupy jest materiałem do rozumienia, a nie wyrokiem o człowieku. Trzeba móc zapytać, na jakiej sytuacji opiera się dane wrażenie. Czy wszyscy rzeczywiście czuli podobnie? Czy ktoś nie zgadza się z większością, ale obawia się odezwać? Czy grupa nie powierzyła jednej osobie roli trudnego uczestnika, dzięki czemu pozostali nie muszą przyglądać się własnej złości lub niechęci?
To również część odpowiedzialności terapeuty. Nie wystarczy zachęcać do szczerości. Potrzebne jest rozpoznawanie presji, uproszczeń i sytuacji, w których wspólna interpretacja zaczyna zamykać możliwość myślenia. Uczestnik ma prawo nie zgodzić się z tym, co o sobie słyszy. Nie każda niezgoda jest obroną, którą należy przełamać.
Podobnie jest z odsłanianiem się. Obecność kilku osób może nasilać wstyd. Ktoś patrzy, ktoś milczy, ktoś wygląda na poruszonego. Zanim pojawią się słowa, można już uznać, że powiedziało się za dużo. Grupa nie ma prawa wymuszać otwartości ani traktować odmowy jako dowodu, że trzeba mocniej naciskać. Czasem ważniejsza od kolejnego wyznania jest rozmowa o tym, dlaczego teraz tak trudno pozostać z tymi ludźmi. Samemu lękowi przed pokazaniem siebie przyglądam się bliżej w artykule „Wstyd przed odsłonięciem siebie w bliskiej relacji”.
Zostać także wtedy, gdy nie wiadomo, jak się zachować

Wróćmy do osoby, która na początku odsunęła od siebie zainteresowanie. Na kolejnym spotkaniu może znowu zapytać najpierw o innych. Nie oznacza to, że poprzednia rozmowa nic nie dała. Być może tym razem sama się zatrzyma: „Właśnie znów to zrobiłem”. Być może zauważy to ktoś inny. Ważne jest, czy można wrócić do tego bez zawstydzania i bez przekonania, że teraz trzeba już umieć zachować się inaczej.
Pozostali również mają czego się uczyć. Mogą nie wiedzieć, jak odpowiedzieć osobie, która zwykle pomagała, a teraz sama potrzebuje uwagi. Ktoś odruchowo poprosi ją o radę. Ktoś poczuje złość, że nie jest już tak dostępna. Wtedy zmiana przestaje być wyłącznie zadaniem jednego uczestnika. Grupa musi dopuścić, że można zajmować inne miejsce niż to, do którego wszyscy przywykli.
Z czasem osoby na spotkaniach zaczynają mieć dla siebie znaczenie. Pamiętamy niedokończoną rozmowę. Czekamy na czyjąś obecność. Przeżywamy nieobecność albo zazdrość o uwagę, której ktoś dostaje więcej. Wtedy mówienie o odrzuceniu czy potrzebie bliskości dotyczy już ludzi, na których naprawdę nam zależy. Dlatego samo wyjaśnienie mechanizmu nie wystarcza. Trzeba jeszcze móc rozpoznać go w chwili, kiedy coś jest do stracenia.
Zmiana może zacząć się od tego, że człowiek nie znika z kontaktu dokładnie wtedy, kiedy najbardziej go potrzebuje. Zostaje przy pytaniu, choć nie potrafi jeszcze odpowiedzieć. Przyznaje, że poczuł żal. Wraca do rozmowy po konflikcie, zamiast uznać, że wszystko skończone. Inni mają wtedy szansę odpowiedzieć na coś, czego wcześniej nie mogli poznać.
Nie ma gwarancji, że odpowiedź będzie taka, jakiej oczekiwaliśmy. Ktoś może nas nie zrozumieć, potrzebować czasu albo nie mieć możliwości dania tego, o co prosimy. Ale można stopniowo zacząć odróżniać konkretną odpowiedź konkretnego człowieka od przekonania, że zawsze i wszędzie spotka nas to samo. Zamiast kończyć rozmowę, zanim zdąży się wydarzyć, można w niej pozostać wystarczająco długo, żeby dowiedzieć się czegoś nowego. Podobne pytanie o możliwość pozostawania w kontakcie mimo trudnych uczuć pojawia się w tekście „Czy po latach chaosu można zbudować inną relację?”.
Jeżeli rozpoznajesz w tym opisie własne doświadczenie, możesz przyjrzeć się mu w psychoterapii grupowej lub indywidualnej. Pracuję w gabinetach w Bournemouth i Southampton, a także prowadzę psychoterapię online po polsku dla osób mieszkających w Wielkiej Brytanii i innych krajach Europy. Aby zapytać o możliwość rozpoczęcia spotkań, skontaktuj się ze mną przez formularz kontaktowy.
